GODZINA NARODÓW
Teresa Kaczmarek
Teresa Kaczmarek (1954–), mgr filologii polskiej KUL, od 1978 roku związana ze Wspólnotami neokatechumenalnymi w Lublinie; mężatka, matka dwóch synów: Łukasza i Andrzeja.
Obecność jest aktem miłości.
Na kilka dni przed przybyciem Ojca Świętego do Ziemi Świętej, na zaproszenie patriarchy abpa Sabbaha przyleciało samolotami do Izraela, ok. 50 tys. młodych ludzi z drogi neokatechumenalnej z całego Świata, (w tym 1450 osób z polskich wspólnot), by towarzyszyć temu niezwykłemu Pielgrzymowi. Obecność jest pierwszym pokarmem miłości.
Długo przed zaplanowanym wyjazdem szukaliśmy przewodników, map. Oglądaliśmy filmy, nadstawialiśmy ucha na informacje dotyczące przygotowań do wizyty w Izraelu. Cieszyliśmy się, kiedy mówiono nam, że być może będziemy nocowali w namiotach, bo Żydzi nie są przygotowani na przyjęcie jednorazowo takiej ilości pielgrzymów, aby móc im zapewnić miejsca w hotelach. Cisnęły się nam do głowy słowa z Księgi Liczb: „O jakże piękne twe namioty, o jakże piękne Izraelu”, wypowiedziane przez Balaama, który miał przekląć Izraelitów, gdy ci rozbili swoje namioty naprzeciw Jerycha, na stepach Moabu. Z natchnienia Bożego ów prorok wypowiedział zamiast przekleństwa błogosławieństwo: „On mnie tu sprowadził, bym błogosławił. On błogosławi, ja tego zmienić nie mogę. […] Pan, ich Bóg, jest z nimi, wznoszę mu okrzyk jako królowi. […] Patrz, oto naród jak wstająca lwica, na podobieństwo Lwa on się podnosi i nie położy się, aż pożre swą zdobycz. […] Jakubie, jakże są piękne twoje namioty, mieszkania twoje, jakże są piękne Izraelu” (Lb 23, 20-24; 24,5).
Przygotowaniem duchowym dla młodych, z którymi mieliśmy podróżować, były spotkania we wspólnotach. Przed odlotem, w parafii odbyliśmy Liturgię Pokutną. Pomagała nam wszystkim, dając odwagę do wyruszenia i podjęcia trudów pielgrzymki. Ale jak zawsze przed tak ważnymi wyjazdami, trzeba być przygotowanym na spotkanie z Panem – nigdy nie wiadomo jak może się zakończyć 3 godzinne latanie na wysokości 10 tysięcy metrów.
Moje doświadczenie jest jednoznaczne: człowiek ma nogi do chodzenia a nie skrzydła do latania i zawsze mam ogromny stres dopóki nie stanę na ziemi.

I tak się zaczęło:
20 marca 2000 roku – ta data pozostanie jedną z najważniejszych w moim życiu. Zaczęła się podróż do Ziemi Świętej – Ziemi, która jest piątą ewangelią.
Tuż przed wylotem trochę docisków mają niektórzy z naszej grupy: na lotnisku w Warszawie ukradziono trzy torby. Krótka chwila na konsultację z poszkodowanymi i decyzja: lecimy bez tych bagaży. W jednym z nich były leki dziewczyny chorej na raka (zmarła rok po pielgrzymce, pełna pokoju ducha, dająca pocieszenie przed śmiercią chorym, którzy wraz z nią, przebywali w szpitalu).
Wylatujemy z Okęcia o godz. 10,50. W Tel-Awiwie jesteśmy o 15,00 czasu miejscowego (przestawiamy nasze zegarki o godzinę do przodu). Długie załatwiania różnych formalności na płycie lotniska, później w podstawionych dla nas autobusach.
Wprost z lotniska ruszamy do Betlejem. Kierowca trochę nieufny, surowy, małomówny. Pyta po angielsku, ilu jest Żydów w autokarze. „To jest trudno powiedzieć” – odpowiedzieliśmy. Ale powoli lody topnieją. Wiedzieliśmy, że pojedziemy przez Jerozolimę. Nikt nas jednak nie informował do jakiej miejscowości się zbliżamy. Zaczęło już szarzeć (pierwszy dzień wiosny!), na ulicach zapalały się latarnie i nagle, zobaczyliśmy przepiękne wzgórza, pełne światła. Wówczas spontanicznie wyrwała nam się z ust pieśń z Księgi Tobiasza:
„Jerozolima, Jerozlima, Jerozolima, Jerozolima, Jerozolima, odbudowana Jerozolima, na zawsze. Twoje bramy będą odbudowane z szafiru i ze szmaragdu, z cennych kamieni twoje mury, twoje wieże z czystego złota. Twoje place błyszczą rubinem, twe ulice złotem z Ofiru, w twoich bramach będzie radość, w twoich domach zabrzmi śpiew. Twoje światło dotrze aż do krańców ziemi, przyjdą do ciebie liczne ludy, mieszkańcy wielu narodów do miejsca gdzie przebywa Twe imię”(Tb 13, 10-18).
To jest bardzo piękna, rytmiczna pieśń, byliśmy wzruszeni pierwszymi widokami tak znaczących dla nas miejsc. Naszemu kierowcy też udzieliła się ta atmostera i był trochę serdeczniejszy.
Do Betlejem wjechaliśmy pod wieczór. Miasto na powitanie Ojca Świętego pięknie przystrojone, ulice i sklepy w girlandach, wstążeczkach, chorągiewkach. Czuje się zapach ogromnego święta.
Mamy nocleg w hotelu „Aleksander” – właściciel ma na imię Józef, jest Palestyńczykiem, jego żona jest prawosławną chrześcijanką. Życzliwość gospodarzy jest uderzająca: mówią nam, że są szczęśliwi z tej racji, że u nich będziemy. Czujemy się jak w domu, choć zmęczeni, ale zadowoleni. Po kolacji rozglądamy się za miejscem, gdzie moglibyśmy celebrować naszą pierwszą Eucharystię w Ziemi Świętej. Józef udostępnia nam hol, gdzie wszystko jest jakby przygotowane dla nas.
21 marca – Po śniadaniu wyruszamy do Bazyliki Narodzenia Pańskiego. W miasteczku spokój, jest trochę zimno a w nas pewne napięcie: chodzimy po raz pierwszy w życiu po miejscach, które dotąd znaliśmy tylko ze słyszenia, a dzisiaj mogliśmy je oglądać na własne oczy i dotykać rękami. Mamy wyznaczoną przez organizatorów godzinę na odprawienie Eucharystii, ale jak to bywa, pogubiliśmy się i nie trafiliśmy do właściwego miejsca. Wpuszczono nas do kaplicy ojców franciszkanów, chyba dość rzadko używanej, chłodnej. Ściany z kamienia przypominają skórę, wełnę baranka. Dzięki tej pomyłce, nie jesteśmy przez nikogo poganiani, tak jak jest to w położonym nieco wyżej kościele św. Katarzyny, gdzie poszczególne grupy językowe muszą dostosować rytm zajmowania świątyni według wyznaczonej kalejności.
Uświadamiam sobie, że po wylądowaniu w Izraelu zaczął się dla nas czas święta. Okres Wielkiego Postu, jaki jest teraz w kalendarzu liturgicznym zostaje jakby zawieszony: nie jest możliwe być z Oblubieńcem i pościć.
Eucharystię mamy z Bożego Narodzenia. Później w skupieniu nawiedzamy te piękne i czułe miejsca, zaskakujące swoją prostotą, maleńkością i ciepłem: Grota Narodzenia, z charakterystyczną gwiazdą i Żłóbek są grotami ciepłymi w sensie dosłownym. Inne groty: św. Józefa, gdzie miał sen, by wraz z Maryją i Dzieciątkiem wyruszyć do Egiptu, grota św. Hieronima, grota mleczna, gdzie Maryja karmiła Dzieciątko i grota 40 męczenników młodzianków – są dość zimne.
Tego samego dnia po obiedzie wyruszamy do Jerozolimy, ok. 30 km od Betlejem. Do miasta wchodzimy przez bramę Jaffy. Na uliczkach zgiełk i targowy ruch. Ludzie kręcą się jak rzeka. Trzeba bardzo pilnować, żeby grupa się nie rezproszyła. Handel kwitnie wszędzie; kupić można dosłownie wszystko, a gdy sprzedawcy zorientowali się kim jesteśmy pozdrawiają nas po polsku, zapraszając do nabywania towarów za dolary i inne waluty (złotówki raczej nie są brane pod uwagę). Tak docieramy do Bazyliki Grobu Pańskiego nie zdając sobie sprawy, że wędrowaliśmy uliczkami Drogi Krzyżowej Chrystusa. Wtedy może też tak wyglądało: ludzie nie wiedzieli, że wśród nich idzie Zbawiciel na smierć skazany. Przy wejściu do Bazyliki – Kamień Namaszczenia – tu Jezus po zdjęciu z Krzyża został namaszczony przed złożeniem do grobu. Mamy czas na adorację. Trzeba robić duży wysiłek duchowy, żeby nie stracić tego czasu, bo tłok i kolejka na Golgotę, do miejsca Krzyża jest ogromna. Każdy chce ze swoją grupą być jak najszybciej, a później, jak najwolniej opuszczać to miejsce. Zrozumiałe, bo każdy z nas przywiózł tam swój „plecak” pełen trosk, cierpienia, niezrozumienia tego, co w życiu się zdarza i co jeszcze się wydarzy.
Niesamowite – dotykam tego miejsca, gdzie był postawiony Krzyż Jezusa! Żeby do niego dostać ręką trzeba na klęczkach wejść trochę pod ołtarz. Jest moment intymności: sam na sam z tym wydarzeniem. Dokładnie tak jak w życiu: jest się sam na sam z własnym krzyżem i cierpieniem. Każdy inaczej go przeżywa, ale to może oświetlić tylko Chwalebny Krzyż Zmartwychwstałego Jezusa, bo widzieliśmy, że naprawdę grób jest pusty! Chrystus Zmartwychwastał,
prawdziwie Zmartwychwstał!
To, co rzuca się w oczy w czasie bycia w tych miejscach – to ogromna potrzeba jedności Kościoła. Nie trzeba tam mówić, że istnieje podział, bo każda kaplica, grota, czy fragment bazyliki, jest pod opieką innego wyznania: katolicy i prawosławni, Grecy i Rosjanie, maronici i koptowie… ale jest możliwe współistnienie, co też można było widzieć.
Byliśmy też przy Murze Zachodnim, tzw. Ścianie Płaczu. Mężczyźni mogli wejść do synagogi, nakrywając wcześniej głowy jarmułkami (były nawet papierowe).
Kobiety mogły podejść tylko do specjalnie wydzielonej części muru. Chwila modlitwy. Wieczór jest ciepły. Gdy wszyscy są razem śpiewamy i tańczymy robiąc trochę widowisko dla przypatrujących się nam ortodoksyjnych Żydów i przygodnych turystów.
Późnym wieczorem wsiadamy do autokaru. Wszyscy niezwykle uduchowieni. Śpiewamy „Hevenu shalom alehem”. Kierowca pełen humoru, szczęśliwy, śpiewa razem z nami. Baliśmy się, ponieważ zaczął klaskać puszczając kierownicę akurat wtedy, gdy wjeżdżaliśmy na rondo, ale dowiózł nas szczęśliwie do hotelu w Betlejem.
22 marca – Rano o 7,30 jesteśmy już zwarci i gotowi: mamy opuścić hotel udając się do Galilei. Klucze od pokoi już oddane.
Ale oto ogromna niespodzianka: nie możemy wyjechać, bo tą ulicą przy której jest nasz hotel, będzie już niedługo przejeżdżał Papież, kończący spotkanie i rozmowy w rezydencji Arafata. W holu hotelowym jest włączony telewizor. Widzimy Ojca Świętego i Przewodniczącego Autonomii Palestyńskiej. Nasz gospodarz Józef ogląda z nami, komentuje. Wyjaśnia kim są osoby wokół Papieża. Atmosfera prawie rodzinna. Młodzi wylegli na ulicę z transparentami, gitarami, bębenkami. Z okien obserwują nas mieszkańcy. Żołnierze pilnujący porządku wyznaczają nam granicę, do której możemy się zbliżyć. Śpiewy i tańce ośmielają dzieci palestyńskie, które zaczęły się przybliżać do naszej grupy i tańczyć z nami. Ulice są prawie puste, bo większość mieszkańców Betlejem zgromadziła się na placu przed Bazyliką Narodzenia, gdzie będzie Eucharystia z Papieżem. Śpiewamy kolędy i nasze pieśni wspólnotowe. Ci, co oglądają transmisję telewizyjną dają znak, że spotkanie już się zakończyło. Papież wyrusza po spotkaniu. Jesteśmy wszyscy na ulicy przed hotelem. Ojciec Święty jest tak blisko! Wydaje się, że czyta napisy na naszym transparencie, jest zaskoczony polskimi śpiewami, błogosławi nas ze swego papamobile, który „przejeżdża po naszych butach”, jak mówili pielgrzymi.
Około 11,00 wyruszamy żegnając się z naszym gospodarzem i jego żoną. Liczymy, że jak jeszcze kiedyś będziemy w Betlejem odwiedzimy naszego miłego przyjaciela. Jedziemy do Jerozolimy, żeby zabrać prowiant dla naszego autokaru z nadzieją, że jeszcze tu wrócimy (Szkoda, dzisiaj tego hotelu już nie ma, został zniszczony tak jak wiele domów w Betlejem).
Najpierw jedziemy do Qumran. Droga wąska, ale równa, asfaltowa, prowadzi przez Pustynię Judzką. Widoki niesamowite – „osiedla” nomadów wygladają jakby nie dotarła tu cywilizacja, szałasy ze skór wielbłądzich, gałęzi i kamieni, a na zwieńczeniu dachu antena satelitarna i w głębi podwórka najnowszej klasy mercedes! Wokół zabudowań owce biegające luzem. Niestety, wpadają niekiedy na jezdnię, gdzie widać ich szczątki rozjechane przez samochody. Pierwszy raz widzimy z autokaru żyjące na wolności wielbłądy: gdzie te zwierzęta znajdują pożywienie na pustyni? Gdy my tu gościmy jest już piękna wiosna. Temperatura w dzień dochodzi do ponad 20°C, natomiast w nocy jest bardzo zimno, tylko kilka stopni powyżej zera.
Qumran położone jest wysoko. Było kiedyś pięknie zagospodarowane. Dziś jest tu muzeum pokazujące życie wspólnoty oddanej surowemu przestrzeganiu nakazów Biblii. U wejścia wita nas właściciel wielbłąda, na którym za jednego dolara można się przejechać lub zrobić sobie zdjęcie. Oglądamy ruiny niegdyś dobrze zorganizowanego osiedla. Młodsi, sprawniejsi i silniejsi wspinają się na skały i kręte ścieżki, by zobaczyć jaskinie, gdzie ponad pięćdziesiąt lat temu dokonano niezwykłych odkryć zwojów ksiąg biblijnych. Ksiąg tu przepisywanych i przechowywanych.
W dole mamy widok na Morze Martwe. Już w autobusie czujemy, że jedziemy do depresji. Miejsce, gdzie wpada Jordan do Morza Martwego jest ponad 400 m poniżej poziomu. Samo morze ma podobno drugie tyle glębokości. Jordan wpada do dwóch mórz: Galilejskiego i Martwego. To pierwsze jest pełne bogactwa życia: roślinności, ryb i innych żyjątek. Drugie, jak sama nazwa wskazuje, jest martwe, bez jakiegokolwiek życia. Te morza to katecheza: można mieć dwie postawy życiowe. Morze Galilejskie nie zatrzymuje wody dla siebie. Jordan wpływa do niego, ale wypływa i płynie dalej w dół. Jego droga kończy się w Morzu Martwym, które już nie oddaje jego wód nikomu i jest martwe. Tak może być z nami: albo chcemy wszystko mieć dla siebie, czy to dobra duchowe, czy też materialne i wówczas zostajemy sami, bez życia i bez zdolności dania życia. Albo służymy i zawsze jesteśmy gotowi i dyspozycyjni dla Boga i innych, by dawać i czasami nawet nie wiemy, że czerpiemy ze źródła: życia dla siebie i innych.
Znad brzegu Morza Martwego, już bez przystanku, jedziemy do Galilei, nad Jezioro, do naszych namiotów. Przygotowane dla nas namioty mieściły ok. 60 osób w jednym. Jesteśmy zlokalizowani w Kursi, po tej stronie Jeziora, która przylega do Wzgórz Golan. W obozie mieszka ok. 5 tys. młodych ze wszystkich stron świata: są z Nigerii, Santo Domingo, Kanady, Francji, Słowacji, USA, Meksyku, Dominikany, Australii, Rosji, Ukrainy, no i Polacy. Pierwsze kontakty, spotkania, rozmowy w różnych językach. Młodzież zna najczęściej język angielski, ale próbują rozmawiać też po włosku, hiszpańsku, rosyjsku. Ten ostatni język znany jest nawet niektórym młodym Żydom, którzy nas obsługują w stołówkach, recepcji. Jeden chłopak z Santo Domingo, Murzyn, który ma na imię Primitivo de Luna, zaprasza do siebie kogoś z Chełma pod Lublinem. Ogólna akceptacja i życzliwość okazywana jest wszędzie: w stołówkach przy kioskach i budkach telefonicznych. Wszyscy chcą sobie pomóc, okazać sympatię, wszędzie atmosfera święta.
W nocy zimno. Śpimy w tym, co mamy najcieplejsze, ale nikt nie narzeka. Jesteśmy tutaj, nad Jeziorem Galilejskim! – trudno w to uwierzyć. Po kolacji Eucharystia na dworze. Każda grupa szuka dobrego dla siebie miejsca. My znaleźliśmy nad samym brzegiem Jeziora. Latarkami oświetlamy ołtarz. Po Eucharystii tańce, śpiewy przy akompaniamencie gitar, bębenków, skrzypiec (jest z nami znakomita skrzypaczka – Ania z Puław), fletu (na którym gra inna Ania, z Lublina). Przed nami, po drugiej stronie Jeziora widok na Tabgę i Tyberiadę. Pięknie oświetlone, rzucają smugi światła na taflę jeziora. Jest ono tu różnie nazywane: Galilejskie, Tyberiadzkie, ale najpiękniejsza jest nazwa Kinneret: harfa. Rzeczywiście, Jezioro jest w kształcie wspaniałej harfy, na wodach której wiatr gra jakby na wielostrunowym instrumencie. Przesłanie jest czytelne: Jezus Chrystus, Boski Harfista gra nieustannie Miłość do serca człowieka.
23 marca – Po śniadaniu, zbliżonym do europejskiego, wyjazd do Nazaretu. Jedziemy przez Kanę Galilejską. Chcemy oczywiście kupić tu wino: niektórzy kupili, a niektórzy, o dziwo! – zobaczyli karteczkę: wina brakło. Skąd my to znamy?
W Nazarecie pogoda deszczowa. Jedziemy na parking dość daleko od Bazyliki Zwiastowania. Atmosfera na ulicy przyjazna, jest mnóstwo pielgrzymów, młodych z flagami swoich narodów, ale trzeba być ostrożnym: możemy iść tylko jedną stroną ulicy. Po drugiej stronie w bliskiej odlogłości od Bazyliki demonstrują muzułmanie, którzy chcą tu zbudować meczet i okupują to miejsce. Stąd służby porządkowe są czujne, by przypadkiem nie sprowokować jakiegoś konfliktu.
W Bazylice Zwiastowania mamy możliwość wizytować Grotę Poczęcia. Mimo dużej liczby pielgrzymów wszystko odbywa się bez pośpiechu, w kontemplacji tego przedziwnego miejsca. Tego jednego z piękniejszych dla mnie spotkań zawsze pragnęłam, życia spokojnego i cichego, a przecież wir życia mnie wciąga…
Mogłam tu doświadczyć dotknięcia łaski i zobaczyłam, że dla mnie jest możliwe tak żyć tylko w ten jeden sposób: w relacji do Ojca i ciągle odpowiadać jak Maryja: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według Słowa Twego”. Co to znaczy „według Słowa Twego”?: pełnić Wolę Boga, wszystkie fakty, które mnie spotykają akceptować, rozważać, zachowywać w sercu i iść do przodu!
Z Nazaretu jedziemy na Górę Karmel. Tu w kaplicy Ojców Karmelitów, obok Groty Eliasza, mamy Eucharystię. Po niej wracamy „do domu”. Króciutki sen.
24 marca – O godz. 0,30 pobudka i przygotowanie do najważniejszego dla nas wydarzenia – wyjazdu na Górę Błogosławieństw. Wyjazdu na spotkanie z Ojcem Świętym, Janem Pawłem II. Organizatorzy do ostatniej chwili nie byli pewni, czy dojdzie ono do skutku.
Od dwóch dni w tej okolicy leje deszcz i nie wiadomo, czy będzie możliwe wejście na Górę, gdzie jest przygotowany ołtarz. Góra ta została specjalnie ścięta, nieco zniwelowana, aby można było ustawić na niej ołtarz. Ostatecznie, ok. 3 nad ranem wyruszamy kawalkadą przygotowanych specjalnie autobusów, które chyba zostały zebrane z całego Izraela. Odległość jest niewielka. Od naszego obozu do Korozain, leżącego u podnóża Góry jest ok. 20 km. Inni mają większy dystans. Kilka grup ma problem z dotarciem, bo zbliża się szabat i wielu kierowców odmawia pracy. Zostają uruchomione transporty wojskowe. Ze wszystkich stron ciągną autobusy z pielgrzymami. Do specjalnie przygotowanego parkingu pod szczytem Góry przybywamy dość wcześnie, jest chyba 3,00. Zjeżdżają tu wszystkie autobusy, jakie były wolne w Izraelu. Ponad tysiąc wozów. W autobusie możemy być do godz. 6,00. Niektórzy korzystają z chwilowej przerwy drzemiąc. Gdy wychodzimy z autobusu, wielu na rozgrzewkę urządza sobie taniec, a później idziemy na szczyt. Jest jeszcze ciemno. Kamienistą drogę oświetlają małe pochodnie–kaganki, rozstawione przy poboczu. Na miejsce docieramy około godz. 7,00. Zimno, deszcz i błoto. Niesamowite wrażenie, niektórym buty grzęzną w błocie. Szczęściarze znajdują jakiś kawałek ziemi lub trawy. Rozkładamy w tych miejscach swoje peleryny, aby trochę odpocząć. Rozjaśnia się, miejsce jest niezwykle urocze, widzimy cudowny widok na Jezioro Galilejskie. Ołtarz jest pod namiotem przypominającym namiot pasterzy – taka była intencja projektującego całe miejsce celebracji: Kiko Argüello. Z lotu ptaka nasze zgromadzenie przypomina rybę (zdjęcia zrobione z helikoptera widzieliśmy dopiero w Polsce). Z boku widzimy teraz Wzgórza Golan. Te miejsca są szczególne, tutaj chodził Jezus, po tej niezwykłej ziemi i po falach tego Jeziora. Wszystko jest tu pewne, jak to błoto, które Jezus rzucił na oczy niewidomego i wysłał go do sadzawki Siloam, tzn. Posłany, żeby przejrzał. Nic nie jest przypadkowe, myślę nawet, że to błoto, w którym tkwimy teraz jest przygotowane dla nas. Żyjemy w świecie pełnym przemocy, agresji, zła, nieuczciwości i bardzo łatwo możemy wpaść w bezsens, wszystko przekreślić. Mamy przejrzeć, by zobaczyć plan Boga na nasze życie.
Powoli robi się cieplej, wychodzi słońce. W „pozytywnym” napięciu, czekamy na przyjazd Ojca Świętego. We wszystkich grupach panuje ogromna radość, udziela się wszystkim bez wyjątku, a jest nas ponad 100 tysięcy, ze wszystkich narodów świata. To jest godzina narodów: są tu chrześcijanie, Żydzi, muzułmanie, Arabowie. Izrael jako państwo przeżywa wyjątkowy czas święta: jeszcze nigdy nie było tu jednocześnie tylu pielgrzymów. Goszcząc tego niezwykłego Pielgrzyma z Watykanu przyjęli cały świat, reprezentowany przez młodych, różnokolorowych, radosnych, wśród których przełamane są bariery języka, kultury, którzy rozmaicie manifestują swoją radość, ale ma ona dla wszystkich jeden wymiar: wymiar duchowej jedności wokół Papieża. Jego obecność wywiera ogromny wpływ na wszystkich, którzy przypatrują się tej pielgrzymce. Media izraelskie są pod ogromnym wrażeniem „tego człowieka” i towarzyszących mu młodych. Telewizja i radio poszerzają wciąż swoje serwisy i sprawozdania wcześniej nieplanowane. Jadąc autokarem słuchaliśmy transmitowanego spotkania, powtarzanych pieśni z Eucharystii, które odbywały się w przeróżnych miejscach: nad rzeką, w kibucu, nad jeziorem. Wszyscy mogli je widzieć, a nawet się w nie włączyć. Niektórzy płakali, wykonywali wobec nas przyjazne gesty, włączali się do tańca, pytali: czy taki jest dzisiaj Kościół katolicki? To, co widzą na Górze Błogosławieństw, to godzina narodów – zgromadzenie, które przyszło tu słuchać głosu Pana!
Helikopter papieski ląduje o 9,30. Ojciec Święty podjeżdża najpierw pod Domus Galilaeae, Międzynarodowe Centrum Wspólnot Neokatechumenalnych, które otrzymały od kustodii Ziemi Świętej pozwolenie na wybudowanie tu ośrodka formacyjnego dla przygotowujących się do kapłaństwa i dla pielgrzymów, pragnących na zakończenie swojej formacji na Drodze, po odnowieniu obietnic Chrztu świętego, dotknąć miejsc, po których stąpał Jezus. Na Górze Błogosławieństw lektura Ewangelii staje się najwymowniejsza. Ojciec Święty dokonując poświęcenia pierwszego segmentu wznoszonego kompleksu powiedział do towarzyszących mu inicjatorów Drogi Neokatechumenalnej: „Pan czekał tu na Was, na tej Górze!”
Eucharystia rozpoczyna się przed 11.00. Papamobile dostojnie przejeżdża wśród wiwatującego tłumu: „John Paul II – we love you”. Powtarzamy to później po hebrajsku, arabsku, po polsku, włosku, hiszpańsku i w wielu innych językach. W czasie liturgii w skupieniu wszyscy słuchamy togo samego Kazania na Górze, jakie Jezus wygłosił z tego miejsca do słuchającego Go tłumu:
„Błogosławieni ubodzy w duchu […], którzy się smucą […], cisi […], którzy łakną i pragną sprawiedliwości […], miłosierni […], czystego serca […], którzy wprowadzają pokój […], którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości […]. Błogosławieni jesteście, gdy wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe o was […]” (Mt 5, 3-11).
A wokół nas żyją ludzie, którzy będą się pukać w głowę, jeśli się powie, że jestem szczęśliwy będąc ubogim, szczęśliwy będąc cichym, szczęśliwy będąc łaknącym, miłosiernym, szczęśliwy zachowując czystość serca i ciała… I Papież z taką ogromną mocą mówił, że świat dzisiaj żyje anty–błogosławieństwami, a zgromadzonych zachęcał, że warto żyć przykazaniami. Młodym z Ojczyzny powiedział po polsku: „Droga młodzieży z Polski! Wasza obecność tutaj sprawia mi dużą radość […]. Nie lękajcie się powiedzieć „Tak” Jezusowi, i iść za Nim jako Jego uczniowie. Wówczas w waszych sercach zagości radość i staniecie się błogosławieństwem dla Polski i dla świata. Tego wam życzę z całego serca”.
Jesteśmy szczęśliwi. Po zakończeniu Eucharystii nikt nie chce odchodzić. Każdy w jakiś sposób pragnie wyrazić swoją radość, przez taniec, śpiew. My zostajemy jeszcze na spotkanie z inicjatorami Drogi Neokatechumenalnej: Kiko, Carmen i Ojcem Mario, ok. 50 tys. młodych. W czasie tego spotkania wstało do seminarium ok. 2000 chłopaków i tyle samo dziewczyn do zakonów. Najciekawsze były komentarze mundurowych służb porządkowych: „My, Żydzi służymy gojom, katolikom! W szabas!” Wszak zaczynał się piątkowy wieczór.
Ok. 22 wieczorem wracamy do swoich namiotów. Po deszczu niektórzy pływają”. Woda wdarła się do namiotów, mokre ubrania i karimaty, ale nikt nie narzeka, radość trwa dalej, aż do świtu.
25 marca – Kolejny dzień naszej pielgrzymki: jest Święto Zwiastowania. Papież jest właśnie w Nazarecie. Mamy przepiękną słoneczną pogodę. Nie wiemy co nas czeka, niczego nie możemy zaplanować, jesteśmy na wszystko „otwarci”. Jedziemy do Tyberiady, do miejsca, gdzie Jordan wypływa z Jeziora i płynie dalej, w kierunku Morza Martwego. Szukamy dogodnego miejsca na celebrowanie Eucharystii. Pomagają nam nasi kierowcy. Wszędzie tłumy. Brak miejsca. Jeden z naszych kierowców, Żyd imieniu Mojżesz, wiezie nas na działkę swojego przyjaciela, będącą nad samym brzegiem rzeki Jordan. Daje nam zgodę na pobyt na tym terenie. Przepiękny zakątek. W sezonie właściciel prowadzi tu chyba jakąś kawiarenkę. Na stojakach ułożone są kajaki. Mały placyk przystrojony jest w jakieś dziwne totemy. Nasza grupa liczy ok. 100 osób. Szybko przystosowujemy „teren” do Eucharystii. Za ołtarz słóży nam odwrócona łódź przykryta białym obrusem i przystrojona kwiatami polnymi. Podczas Eucharystii odnawiamy przyrzeczenia Chrztu świętego w rzece Jordan. Każdy polany jest jej wodą przez celebrujacych kapłanów. Dwoje dzieci zostaje ochrzczonych w Jordanie przez zanurzenie, jedno z nich – Eliasz, to czternaste dziecko w rodzinie Bojarskich. Kierowca, Mojżesz, cały czas obecny, jest wyraźnie wzruszony.
Mamy jeszcze tego dnia piękną wycieczkę po Jeziorze Galilejskim. Było z tym trochę kłopotu, ponieważ najpierw okazało się, że stateczek, który po nas przypłynął, był za mały, lub z jakichś innych powodów nie chciał przyjąć naszej grupy. Trzeba było przejść do innego nabrzeża; sytuacja powtórzyła się, ale do trzech razy sztuka. Za trzecim razem, płacąc za „nadbagaż” (trzy osoby ponad normę), odpływamy. Na środku jeziora otwieramy Pismo święte. Pan daje nam Słowo z Ewangelii św. Jana o Samarytance, z którą Jezus rozmawia przy studni Jakuba, a więc katecheza o potrzebie modlitwy nieustającej, w sercu.
Zrywa się dość mocny wiatr. Chcemy go „złapać do butelki”. Naszym stateczkiem mocno kołysze, tak, że woda wdziera się na pokład. Kończymy przejażdżkę w innym miejscu, ale na szczęście przez telefon komórkowy powiadamiamy kierowców naszego autokaru, gdzie jesteśmy. Humory nam dopisują. W sklepiku z pamiątkami zobaczyliśmy w sprzedaży buteleczkę z napisem: „powietrze z Jeziora Galilejskiego”! A więc nasz pomysł ze złapaniem wiatru nie był całkiem oryginalny.
Tego samego dnia jedziemy jeszcze do Tabgi, miejsca prymatu Piotra, gdzie odbyła się ta pełna miłości rozmowa Jezusa z Piotrem: „Czy ty Mnie kochasz? Paś owce moje!”. Już pod wieczór wyjeżdżamy jeszcze do Kafarnaum. Oglądamy ruiny domu św. Piotra, w którym Jezus tak często przebywał, a także pozostałości synagogi i wioski rybackiej.
Do naszych namiotów w Kursi wracamy późnym wieczorem. Po kolacji idziemy nad brzeg Jeziora. Tu otrzymuję wiadomość z Polski: w wypadku zginęła szesnastoletnia córeczka mojej przyjaciółki – modlimy się. Nie ma odpowiednich słów, aby pocieszyć ją w tym cierpieniu, ale natychmiast dzwonię do niej, aby trochę być z nią razem. Na pogrzeb zdążymy przyjechać. Jak trzeba nieustannie czuwać, bo nie wiadomo, co może się zdarzyć. Tak mija to święto Zwiastowania.
26 marca – Dzień rozpoczynamy Eucharystią. Jest niedziela, od rana gorąco. Miejsce jest niezwykłe: tu, gdzie Jezus dokonał rozmnożenia siedmiu chlebów na cztery tysiące mężczyzn, a zostało siedem koszów ułomków, oznaczajacych narody pogańskie, które będą nasycone Ewangelią. To wydarzenie upamiętnia ogromny kamień z mozaiką przedstawiającą siedem chlebów i dwie ryby. Ołtarz i miejsce dla zgromadzenia przygotowujemy przy tym kamieniu. Niezwykłe – dwunastu celebransów, a nad naszymi głowami przepiękne stado kilkudziesięciu bocianów. Czytamy Ewangelię św. Jana o tym, jak Jezus wyrzuca ze świątyni kupczących w niej: „Nie róbcie z domu Ojca mego targowiska”. A na końcu zdanie: „Jezus zna wszystkich i nie potrzebuje niczyjego świadectwa o człowieku bo wie, co się w nim kryje”. Uderzające jest, że to Słowo brzmi tak świeżo i dotyka mnie dzisiaj swoją mocą: Jezus zna człowieka, czyli mnie. Dobrze wie, co się we mnie kryje, lepiej niż ja sama wiem o sobie! Wszystko we mnie jest dla Niego otwartą księgą.
Po Eucharystii jedziemy do Cezarei Filipowej. Kierowca obiecuje nam, że pojedziemy najpiękniejszą trasą widokową w Izraelu. Rzeczywiscie! Krajobraz jest przepiękny. Ile wysiłku ludzkiego było potrzeba, by na tym bezwodnym pustkowiu wyrosły piękne sady grapefruitowe, pomarańczowe i bananowe. Każde drzewko jest oddzielnie nawadniane systemem wężykowatych kanalików z wodą czerpaną z Jordanu. Jak to się dzieje, że jedne drzewka mają dopiero pąki, drugie kwitną a inne już owocują?
Z daleka nad nami masywne góry Hermonu, zawsze pokryte śniegiem. Tam ma swoje źródła Jordan. W Cezarei wypływające ze skały Jego wody są już obfite i rozlewają się szeroko, a później, opadając gwałtownie, tworzą przepiękne kaskady i wodospady. Mamy dużo czasu na indywidualny kontakt z tą przedziwną przyrodą: kaktusy tworzące zielony gąszcz, gdzie kryją się jaszczurki. Podziwiamy rozpościerający się w dole i wokół nas krajobraz. Odpoczywamy.
Wieczorem odlatuje z Izraela Ojciec Święty. Czuję, że już nie mamy co tu robić. Nasza godzina narodów kończy się wraz z Jego odlotem. My odlatujemy następnego dnia.
27 marca 2000 roku – Od rana pakujemy bagaże, które tu na miejscu przy naszych namiotach odbiera od nas służba celna Izraela. Wsiadamy „wolni” do autokarów, by jechać na lotnisko do Tel-Awiwu, ale „korki” są tak duże, że mamy poważne opóźnienie. Kierowcy swoimi sposobami powiadomili lotnisko o naszym problemie – tak, że zatrzymano samolot i wszyscy weszliśmy na pokład. O 22,00 lądujemy w Warszawie.
Ziemia Święta pozostanie w moim
sercu na zawsze!
Lublin, 25 marca 2002 roku
