KRZYŻ SYBIRAKA

Antoni Papużyński

Antoni Papużyński

Antoni Papużyński (1940–2003), syn Antoniego i Bronisławy, urodził się na Syberii 15 sierpnia 1940 roku w ziemiance (kołchoz Gieorgiejewka w Kazachstanie). Ojciec Antoniego walczył jako ułan przeciw nawale sowieckiej w jednej z najważniejszych bitew świata, zwanej „Cudem nad Wisłą” 15 sierpnia 1920 roku. Po sześciu latach zesłania, w czerwcu 1946 roku, Antoni wraz z Matką i czterema braćmi przybyli do Polski. W 1957 roku Antoni zgłosił się do Zgromadzenia Księży Marianów w Warszawie na Bielanach. Święcenia kapłańskie otrzymał 2 lutego 1967 roku we Włocławku. Magister psychologii.

Opublikował Podstawy psychologiczno-pedagogiczne systemu wychowawczego Ojca Stanisława Papczyńskiego, założyciela Marianów (Warszawa 1973).

„Ave Maria!”
Pisz pamiętniki
(Ks. Prymas S.Wyszyński, Jasna Góra 1976).

Mówić o sobie jest zawsze trudno, tym bardziej gdy trzeba sięgnąć pamięcią do bolesnych wydarzeń, jak w tym wypadku do czasów wywiezienia naszej rodziny na Sybir. Muszę zaznaczyć, że dla mnie nie jest to łatwe, tym bardziej, że wiąże się z przykrymi doświadczeniami i przeżyciami, które niewątpliwie wywarły wpływ na całe moje życie. Nie umiem pięknie opowiadać. Ponadto tysiące innych osób cierpiało podobnie jak ja. Nigdy nie chciałem traktować tych doświadczeń jako czegoś specjalnego. Z szacunku do tych innych, trzeba opowiedzieć uczciwie i po prostu, przynajmniej kilka wydarzeń z tamtych lat, nie ukrywając, ani zbytnio nie uwydatniając niczego.

Postaram się podzielić z Czytelnikiem tym, co zapamiętałem osobiście, a pamiętam dużo, oraz tym, co przekazała mi przede wszystkim Mamusia, Ojciec oraz czterej starsi bracia.

Urodziłem się 15 sierpnia 1940 roku w Gieorgiejewce. Był to kołchoz po-łożony w północno-zachodniej części Kazachstanu jakieś 600 – 700 km od Karagandy. Naszym najbliższym miasteczkiem były Kartały. Wracam do początku naszej historii w Kazachstanie. Wywieziono nas w nocy z 12 na 13 kwietnia 1940 roku z miejscowości Kwerdynie na Wołyniu, powiat Łuck. Polecono Mamie i czterem moim braciom szybko się spakować i odstawiono na dworzec kolejowy, gdzie załadowano już wiele rodzin do bydlęcych wagonów. Ta deportacja była krzywdą wyrządzoną w bezwzględny sposób ogromnej liczbie Polaków i odbywała się w najgorszym, jaki sobie można wyobrazić momencie, ponieważ Mama już piąty miesiąc nosiła mnie pod swoim sercem.

Mojego Ojca Antoniego, uczestnika wojny z 1920 roku, ułana 12 pułku, NKWD aresztowało wcześniej, to znaczy w lutym tegoż roku, i wywiozło do pracy w kopalniach za Uralem. Od tej chwili ślad po nim zaginął. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że ocalał, ale o tym pragnę wspomnieć później.

Owej pamiętnej nocy Mama próbowała opanować rozpacz. Zabrała troszeczkę niezbędnych rzeczy i coś z żywności. Po przedmioty na piętrze nie wolno było iść, a tam znajdowały się rzeczy najbardziej potrzebne, zrobione ze skóry. Na początku „pakowania się”, przed opuszczeniem domu Mama wzięła na szyję najważniejszy i najcenniejszy skarb w domu: krzyż rodzinny. Te kilka tobołków rzeczy zebranych w pośpiechu miały nam służyć przez długie sześć lat. Enkawudzista dowodzący akcją wyraźnie pofolgował i przedłużył limit czasowy pakowania się. Gdy Mama padła na kolana, by w modlitwie pożegnalnej z domem polecić dobremu Bogu pięcioro dzieci i siebie, enkawudzista z szacunku zdjął czapkę, podszedł blisko Mamy i powiedział: „Tiotia, Boh wierniot tiebia w rodinu” – „Matko, Bóg pozwoli ci wrócić do Ojczyzny”. Ten rodzinny krzyż był z nami przez cały czas zesłania, co jak mi się wydaje jest niezwykle ważne, ponieważ stanowił on centrum życia w naszym „domu” – ziemiance zagłębionej w pewnej swej części pod ziemią, w której nas umieszczono.

Ci, którzy przeżyli swoje męczeństwo w takim „mieszkaniu” wiedzą, co to jest ziemianka w Kazachstanie. Przed tym krzyżem modliliśmy się w tragicznych chwilach. W cieniu tego krzyża cierpieliśmy, przeżywaliśmy dzieciństwo, młodość, różnego rodzaju udręczenia, zagrożenia życia, choroby, głód, zimno oraz kilkakrotnie wielotygodniowe umieranie z głodu. Pamiętam do d z i ś smak trawy, siana, lebiody, kory z drzew czy krzewów oraz smak różnych korzeni roślin wydrapywanych spod śniegu. Takie odżywianie niszczyło przewód pokarmowy, często bez możliwości wyleczenia. Na zewnątrz temperatura dochodziła czasami do minus 50 stopni i niżej. Niejeden raz przymarzaliśmy do ścian pokrytych lodem wewnątrz ziemianki. Dla ludzi mieszkających w miarę normalnych warunkach takie egzystowanie jest raczej niewyobrażalne.

Kiedy się urodziłem w tak niezwykłych, nieludzkich warunkach – bez pomocy lekarza czy położnej – Mama bardzo się cieszyła, że ma pięciu synów. Wydaje mi się to nadzwyczajne, że wszyscy zostaliśmy uratowani i – po prawie sześciu latach – dzięki Bogu wróciliśmy do Polski.

Pragnę wspomnieć jeszcze o innych wydarzeniach związanych z zagrożeniem naszego życia, przede wszystkim ze strony wygłodniałych zimą wilków.

A wszystko zaczęło się od tego, że z bratem Eugeniuszem pilnowaliśmy domu, podczas gdy Mama i starsi bracia ciężko pracowali w kołchozie. Pewnego razu Mamie udało się kupić kota, po rosyjsku – koszka. Tego właśnie dnia przyszedł do nas szesnastoletni Kirgiz z batem, otworzył drzwi ziemianki i zawołał: „addajtie koszku”. Jak to – oddać naszego kota? Jedyną naszą pociechę? To było niemożliwe. Brat, starszy ode mnie, miał wtedy sześć i pół roku, był bardzo mężny i powiedział: nie! To jest nasza koszka! Doszło do bójki. Kirgiz zaczął nas bić batem. Broniliśmy się. On brata powalił na ziemię, żeby zabrać kota, a ja widząc, że brat jest pod szesnastoletnim Kirgizem, wziąłem polano, które leżało najbliżej i przyłożyłem temu Kirgizowi w siedzenie. Kirgiz zerwał się, puścił brata i pobiegł po pomoc do swojej matki (około czterystu metrów od nas). Kirgizka biegła do nas z długim drągiem, żeby wtargnąć do naszej ziemianki i nas zabić. Wtedy, zwaliwszy górną ścianę przedsionka ziemianki, pod jej osłoną, uciekliśmy w step. Było to przed wieczorem. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że uciekając spotkamy zgłodniałe wilki, które stanowiły śmiertelne niebezpieczeństwo. Brat trzymał mnie mocno za rękę i nie puścił ani razu. Ciągnął mnie za sobą, aż przyszła mu myśl, aby uciec na silos. Brat Eugeniusz był starszy ode mnie o dwa i pół roku. Po ludzku biorąc nie było szans na uratowanie się. Udało nam się jednak uciec na słomiany dach silosu, który miał ostry spadek. Silos nie był zbyt wysoki. Brat wciągnął mnie na sam szczyt dachu i trzymaliśmy się krzycząc i wołając o ratunek. Byliśmy oblężeni przez całe stado wilków i atakowani przez nie przez całą noc. Wilki wyły, biegały wokół, usiłowały wskakiwać na silos, ale ciągle spadały. Czasami były bardzo blisko. Zdawało się, że chwycą któregoś z nas za nogę czy za rękę. Ratunek przyszedł dopiero rano. Bylibyśmy niechybnie zginęli, gdyby nie jakaś Boża moc, która pozwoliła nam, małym dzieciom, wytrwać w takim strachu przez całą noc. Nad nami jaśniało – jak w jasny dzień – niebo usiane niezliczonymi gwiazdami i księżyc święcący niezrównanym blaskiem. Było to ogromne, niezapomniane przeżycie.

W swojej niepojętej Opatrzności Bóg nas ocalił. Byliśmy jak owce między wilkami. Przed nami śmierć ze strony wilków, za nami śmierć od gniewu Kirgizki, ale ramię Pana wydobyło nas z tej opresji. Wydarzenie Paschalne – interwencja Boga pośród śmierci! Rano o świcie pierwszy wylądowałem na rękach mojej Mamy, brat zaś zsunął się z silosu na ziemię i wpadł w objęcia braci. Radość nasza nie miała granic. Wilki jeszcze były, ludzie odpędzili je ogniem, biciem w żelazo i w blachę. Przez noc zgromadziło się ich chyba ponad dwieście. Wyły, biegały, zwoływały się, a ich liczba z każdą godziną rosła. Odpędzić taką sforę wilków od takiej zdobyczy, jaką stanowiliśmy dla nich, nie było sprawą prostą, ani łatwą. A jednak udało się. Pamiętam to wydarzenie jakby się działo dziś.

Ale nie powiedziałem jednej z najważniejszych rzeczy. Gdy uciekaliśmy przed wilkami, a one były tuż za nami, odwróciłem się i zobaczyłem ich ślepia błyszczące jak ognie. Brat powiedział mi: „Antoś, nie płacz głośno, bo wilki będą się zbiegać tym bardziej”. Przestałem więc płakać i podbiegliśmy pod ten silos, a wilki były już bardzo blisko, może bliżej niż sześćdziesiąt metrów. Podobno wilk w pojedynkę nigdy pierwszy nie zaatakuje, czeka na grupę. Mój brat schylił się i mówi: „Antoś, wskakuj na moje ramiona, rączkę głęboko wsuwaj w siano i uważaj, żebyś nie spadł”. Tak też zrobiłem. Pierwszy wlazłem na spadzisty dach, a on woła: „właź wysoko!” Dopiero po mnie brat błyskawicznie wdrapał się na silos, a gdy podciągał nogi wilki już skakały do jego stóp. To małe dziecko zachowało się jak bohater, jak ktoś dorosły! Bez wątpienia uratował mnie od niechybnej śmierci. Pamiętam, że gdy znajdowaliśmy się na szczycie silosu mój brat zrobił gniazdo bocianie, na którym się usadowiliśmy. Przez całą noc wołaliśmy: Mamusiu, Mamusiu!!! A wilki się zbiegały, szczekały, wyły, warczały i co chwilę któryś z nich rozpędzał się i próbował wskoczyć na silos, który miał ścianę wysokości może z półtora metra, a nad ścianą słomiany, spadzisty dach. Gdy wilk wskoczył na tę pochyłą stronę dachu i usiłował łapami wdrapać się wyżej, ześlizgiwał się i ku naszej radości spadał na ziemię. Zagrożenie życia ze strony wilków było bardzo realne i bardzo bliskie. Miałem jakieś naturalne odczucie, jakby Pan Bóg na nas patrzył i swoją mocą przesuwał granicę niebezpieczeństwa. Pamiętajmy, że w Kazachstanie wszyscy mieszkańcy byli pouczeni, że nie wolno wychodzić z ziemianki na zewnątrz, a nawet wystawić ręki czy nosa za drzwi, bo „wilki są inteligentne”.

Gdy ktoś otworzył drzwi, a wilk był na czatach – praktycznie nie było szans na uratowanie. Zdarzało się, że wilki wyciągały dziecko z domu za głowę czy rękę. Dorośli wychodząc z domu zawsze mieli ze sobą ogień czy coś ostrego. Dzięki tym narzędziom mogli się obronić, ale i to nie zawsze. Dziecko nie miało szans. Sam widziałem jako chyba pięcioletni chłopiec jak w odległości około dwustu metrów od nas wilk czatował przy drzwiach kirgiskiej ziemianki. W pewnym momencie lekko otworzyły się drzwi i zobaczyłem jak wilk niesie w zębach krzyczące dziecko, które w pewnym momencie zarzucił sobie – co jest nie do wiary – na plecy, tak jak się zarzuca tobołek lub worek zboża. Kirgiz pędził za nim z widłami. Gonił wilka jakieś sto metrów i padł z wyczerpania. Nie zdążył dogonić wilka.

Na pytanie czy jako dziecko bałem się wychodzić z domu czy nie, mogę odpowiedzieć, że strachu nie pamiętam, ale pamiętam przestrogi starszych, by nie wychodzić z domu, bo jest to niebezpieczne. W bezpiecznych okolicznościach nie odczuwałem lęku, ani strachu, aby wyjść z ziemianki. Wręcz przeciwnie, spotykaliśmy się z rówieśnikami w różnych miejscach. Trzeba było jednak być roztropnym, czujnym i przewidującym. Mój brat Eugeniusz zawsze czuwał nade mną i odznaczał się wieloma różnymi sprawnościami. Wieczorem nikt bez konieczności nie wychodził z domu. Trudne sytuacje hartowały nas. Nie miałem zatem strachu, ani lęku. Polubiłem step, coraz lepiej umiałem się po nim poruszać, polubiłem także tundrę i tajgę oraz ogromne przestrzenie, kryjące w sobie swoje tajemnice i niebezpieczeństwa. Długie doświadczenie życiowe miejscowej ludności nauczyło wszystkich zachowywania ostrożności i nie narażania się niepotrzebnie na niebezpieczeństwo. Oczywiście można było – jak wspomniałem – wyjść z domu razem z braćmi i Mamą, ale słyszałem mnóstwo opowiadań, że i dorośli nie wracali do swoich domów. To było ostrzeżenie dla wszystkich, a tym bardziej dla dziecka. Zwłaszcza w zimie, bo w lecie wilki kręciły się nie w okolicach kołchozów i sowchozów, lecz raczej na stepie, szukając łatwej zdobyczy w postaci owcy, susła, krowy, konia czy innego zwierzęcia, ale na ogół nie napa- dały na ludzi, chyba że były głodne. Natomiast w zimie wszystkie zwierzęta domowe są pozamykane w „budynkach gospodarczych”, dlatego ludzie stają się wyjątkowym celem polowań ze strony wilków.

Chcę powiedzieć o jeszcze innym zagrożeniu, takim jak choćby opuchnięcia głodowe. Niejednokrotnie przymieraliśmy z głodu, o czym już wspomniałem. Innym zagrożeniem życia były mrozy i odmrożenia kończyn, co obecnie jest moim szczególnym, cichym, pokornym, trwałym cierpieniem. Do dziś jest moją radością wspomnienie krzyża, który był razem ze mną i z moją rodziną w naszej ziemiance. Dlaczego to jest ważne? Ponieważ nasze życie ciągle oscylowało między tym krzyżem a rzeczywistością, która była naszym permanentnym zagrożeniem. W takich warunkach odbywało się uczenie mnie znaku krzyża, w takich warunkach uczono mnie pacierza, prawd wiary. Ten krzyż na ścianie naszej ziemianki był właściwie wszystkim. Był wiarą, był nadzieją, był znakiem przypominającym dom rodzinny i naszą Ojczyznę, z której zostaliśmy przemocą wyrwani. Krzyż stopniowo nabierał znaczenia w moim wnętrzu, stawał się coraz bardziej konkretny, przyjazny, radosny i chwalebny. Tego krzyża przyszło też nam bronić. Gdy pewnego razu Kirgiz, muzułmanin, przyszedł do naszej ziemianki i zobaczył nasz krzyż wiszący na centralnym miejscu, chciał go zerwać ze ściany i bluźnił w sposób tak ordynarny, że nie godzi się tego powtarzać. Moi starsi bracia i Mama nie pozwolili mu krzyża nawet dotknąć. Wyprowadzili go na zewnątrz i wyperswadowali mu, że tylko dlatego nie został należycie obity, co mu się należało za bluźnierstwo, że znalazł się wśród chrześcijan. Kirgiz był przekonany – jak później opowiadał – że po tym bluźnierstwie żywy nie wyjdzie z naszego domu. Wytłumaczono mu również, że właśnie Jezus ukrzyżowany kazał przebaczać i miłować także nieprzyjaciół. Kirgiz musiał na koniec pokornie wysłuchać wyjaśnień braci na temat znaczenia krzyża i o należnej krzyżowi czci i miłości. Pamiętam niesamowitą radość w domu, gdy bracia opowiadali jak Kirgiz dawał do zrozumienia, że wszystko rozumie i że zgadza się z wszystkim, co mu tłumaczyli. Gdy został puszczony wolno nie mógł w to uwierzyć i uciekając co chwilę się odwracał w stronę naszego domu. Tak zażegnany konflikt miał swoje pozytywne skutki, ale nie sposób tego wszystkiego opowiedzieć. Warto tutaj tylko zaznaczyć, że potem w tragicznych dla nas sytuacjach ten sam człowiek był do nas bardzo przychylnie nastawiony.

Innym razem wszedł do naszej ziemianki, tego nie mogę zapomnieć, stary pastuszek z siwą brodą, strasznie wymizerowany. Miał na imię Mikołaj, pasł kołchozowe bydło, a gdy zobaczył w naszej ziemiance krzyż rozpłakał się, zdjął z wielkim szacunkiem czapkę i ukłonił się. Po pewnym czasie, gdy nabrał zaufania, powiedział, że jest popem, duchownym prawosławnym, że z tego powodu został zesłany na Sybir i że cudownie ocalał z jakiegoś pogromu. Przeznaczono go w kołchozie do pasienia bydła. Dano mu do zrozumienia, że zamiast ,,paść ludzi, będziesz pasł bydło”. Tak to wszyscy zrozumieli, tak i ja to zrozumiałem. Opowiadał to wszystko z wielkim przejęciem i był taki jakiś dostojny, pomimo strasznej biedy, jaka widniała w całym jego ubiorze. Matka moja, osoba szalenie praktyczna i odważna, szybko odwszawiła go, opatrzyła rany i poczęstowała czym mogła. Dostał na drogę upieczonego ziemniaka. Trzeba tu powiedzieć, że dostać ziemniaka upieczonego w takich warunkach, to coś więcej niż dzisiaj otrzymać tort, bo tortu tam nikt w życiu nie widział, a ziemniak był wtedy dzienną dawką, aby przeżyć. W rozmowie z tym prawosławnym duchownym dowiadywaliśmy się różnych tajemnic o Bogu. Słuchałem go z wielką uwagą, bo to przecie ż jest ksiądz, a mnie opowiadano, że w Polsce są księża i kościoły. Mama przewidując inne potrzeby tego prawosławnego księdza zaopatrzyła go w różne rzeczy, takie drobiazgi, ciuszki, które były mu przydatne i które może uratowały mu nawet życie. W tamtych warunkach były one konieczne, aby przeżyć pasąc bydło w stepie. Pamiętam, że gdy dłuższy czas nie było go u nas (bo został zaproszony, by zachodził do nas kiedy będzie w pobliżu) modliliśmy się za niego, przypuszczając, że prawdopodobnie nie przetrzymał strasznej katorgi. Było to moje pierwsze spotkanie z księdzem i pierwsze pojęcie o księdzu w ogóle. Po tym fakcie zadawałem Mamie mnóstwo pytań na temat księdza z czystej dziecięcej ciekawości: kto to jest ksiądz? Gdzie pracuje? Co robi? Jacy są księża w Polsce? itd. Otrzymywałem różne odpowiedzi i już wtedy tworzył się w mojej wyobraźni obraz kapłana czy zakonnika. Wspomnę o jeszcze jednej niezwykłej wizycie w naszej ziemiance. Mama ugotowała dla wszystkich garść kaszy. Byliśmy wtedy wszyscy tak wygłodzeni, że aż popuchnięci, a więc prawie w przedśmiertnej fazie. I tę garść kaszy Mama włożyła do kilku litrów wody i odstawiła na bok, żeby „zupa” wystygła. A tu nagle wpada do naszej ziemianki mocno wychudzona szesnastoletnia dziewczyna i nie dopuściwszy nikogo do siebie wypija naszą kaszę prawie do dna – ku rozpaczy nas patrzących, wygłodniałych, czekających na ten posiłek. Dziewczyna wyszła z domu chwiejnym krokiem. Pobiegłem za nią do przedsionka, wzburzony jak mogła nam to zrobić? Wyszła z sieni ziemianki, ręką oparła się o framugę drzwi i padła martwa. Ogarnął mnie straszny żal. Uświadomiłem sobie, patrząc na jej otwarte jeszcze oczy, że ta dziewczynka już nigdy nie wróci do życia. Zostałem pocieszony, że i ona zmartwychwstanie… Biedaczka była śmiertelnie głodna. Padła martwa na ziemię, jak dziś pamiętam ten widok. To była Rosjanka, która mieszkała o jakieś trzy ziemianki dalej.

Jej babcia nazywała się Sawcienczycha, to ona ochrzciła mnie „z wody” zaraz po moim urodzeniu, a następnie zdjęła ze ściany krzyż i podała Go do ucałowania, według prawosławnego zwyczaju. Złożyła Mamie i noworodkowi życzenia. Z opowiadań Mamy wiem, że ucałowałem stopy naszego Pana i Odkupiciela na krzyżu, a życzenia tej babci spełniły się. Cieszę się i poczytuję sobie za szczególną łaskę, że w pierwszych chwilach mego życia w chrzcie i w krzyżu spotkałem mego Zbawiciela i Pana. Myślę, że gdyby moje życie zakończyło się wtedy, to znaczy po ucałowaniu pasyjki Chrystusa, warto byłoby dla tego żyć.

Wspomnę jeszcze o pewnym wydarzeniu z wilkami w 1942 roku. Moja Mama wybrała się do Kartały, miasteczka położonego trzydzieści kilometrów od nas, by sprzedać swój ostatni skarb, ślubną obrączkę, i w ten sposób ratować dzieci od śmierci głodowej. Mama dostała za tę obrączkę kaszę jęczmienną, chleb, ziemniaki i trzy kury oraz zapałki. Była sroga zima. W kołchozach i sowchozach ludzie masowo umierali z głodu. W mieście łatwiej było przeżyć. Wymieniało się u Rosjan ubrania, bieliznę i inne rzeczy na produkty żywnościowe, dzięki którym można było ratować życie. Tak było w tym przypadku z moją Mamą. Gdy Mama już obeszła uliczki miasta i zorientowała się, że jej wyprawa, tak trudna i niebezpieczna, może zakończyć się fiaskiem, a co gorsza może sama zginąć i dzieci nie uratuje, zaczęła się żarliwie modlić do Boga o pomoc… Miała taki zwyczaj, że gdy wchodziła do jakiegoś domu czy kogoś spotkała w drodze zawsze mówiła: Chrystus zmartwychwstał! („Chrystos woskres”) ludzie zwyczajem wschodnim odpowiadali: Prawdziwie zmartwychwstał! Chodziła więc od domu do domu, usiłując sprzedać obrączkę za żywność. Ludzie mówili jej: Ciocia, my też jesteśmy biedni i przymieramy z głodu. Idź do domu szefa KGB, on jest dobrze sytuowany, oni mają kaszę, chleb i inne rzeczy. Mama poszła i też mówi: „Chrystos woskres” i słyszy odpowiedź: „waiścinno woskres”. Pytają: „czego Mama chce”? Mama wyłuszcza sprawę, że ma małe dzieci umierające z głodu i chce wymienić złotą obrączkę na żywność. Żona szefa KGB pyta: gdzie są te dzieci? Mama mówi: w kołchozie, podając wszystkie informacje. Kobieta wypytała dokładnie o wszystko.

Potem posadziła Mamę przy stole, poczęstowała herbatą – co było wyjątkową sprawą – i zaprowadziła mamę do swego pokoju, gdzie w wielkiej tajemnicy, w kącie pokoju, odsłoniła jak gdyby story, ukazując ikonę Matki Bożej – „Bożej Matiery”, tak powiedziała. Mama była zdumiona, że w takim domu jest ukrywany obraz Bogurodzicy. Ta żona mówi: „My się modlimy, ja, mój mąż i moja babka. Przed tym obrazem jeszcze wcześniej modliła się także moja prababcia. Rodzinna pamiątka. Ale to nie tyko pamiątka, lecz praktyka religijna”. „Eto nasza żizń”. Mama wtedy z radością odkryła, że w tym bezbożnym świecie jeszcze istnieje życie religijne. Wprost nie do wiary. Tam, za tę obrączkę, wyposażono Mamę na drogę powrotną w produkty żywnościowe i trzy kury. Mama pragnęła dotrzeć do domu jeszcze za dnia, bo jak nie zdąży, to w nocy zginie od wilków. Zaczęło się ściemniać.

My w tym czasie w ziemiance błagaliśmy Pana Boga przed naszym krzyżem o cud, o ratunek dla Mamy. Wiedzieliśmy wszyscy co to znaczy samotnie, bez żadnej „broni” iść nocą. Dlatego tym usilniej błagaliśmy Pana Boga i nie ustawaliśmy w żarliwej modlitwie. Maleńki kaganek naftowy oświetlał krzyż i był cichym świadkiem naszego dramatu. Czuliśmy bowiem, że najukochańsza osoba na ziemi narażona jest na wielkie niebezpieczeństwo. Wreszcie w świetle księżyca zobaczyliśmy biegnącą resztkami sił, jakąś osobę, odpędzającą sforę wilków, krzyczącą ochrypłym głosem. Widzieliśmy, że coś rzucała wilkom na pożarcie, by zyskać na czasie. To była nasza Matka. Bracia wyskoczyli z rozpalonymi głowniami, uprzednio przygotowanymi przeciw wilkom. Mama padła w ziemiance na ziemię zupełnie wyczerpana, prawie skonana, ale tobołków z rąk nie wypuściła. Uratowała żywność, oprócz dwóch kur, które rwała po kawałku i rzucała za siebie wilkom. Wilki zatrzymywały się przy tej odrobinie mięsa, gryzły się, walczyły między sobą o każdy kęs. Mama w tym czasie miała szansę na ucieczkę. I tak po kawałeczku rzucała kurczaka za siebie i biegła co sił do domu, do dzieci. Był to maraton około trzydziestokilometrowy, biegiem do granic wytrzymałości. Trzeba powiedzieć, ze Mama w czasie tej ucieczki i walki z wilkami, gdy wpadła do ziemianki miała na swojej kufajce i chuście pianę tak białą jak fale spienionego morza. W ten sposób zostaliśmy ręką Bożą raz jeszcze uratowani. Mama już później opowiadała mi, że podczas tej ucieczki przed wilkami czuła jak nigdy przedtem obecność Bożą w sobie oraz przedziwną moc wokół siebie.

Albo inny fakt. W naszych obecnych warunkach także prawie niewyobrażalny… Mama wiele wypraw robiła po żywność. Znowu jesteśmy wykończeni, nie mamy co jeść, mijają tygodnie, umiera masa ludzi dookoła. Liczba krzyży powiększała się ilustrując rozmiary tragedii. Dowiadujemy się, że wielu ludzi z okolicznych ziemianek oraz kołchozów i sowchozów w ostatnim czasie wybrało się do Kartały i nie wróciło do domu. Dwie wyprawy saniami zaprzężonymi w woły także nie powróciły. Ludzie twierdzą, że dopiero wiosną można będzie odnaleźć ich kości i ewentualnie ustalić na podstawie jakiegoś szczegółu czyjąś tożsamość. Mimo tak wielkich niebezpieczeństw Mama znowu robi wyprawę do miasta. Jest to dla nas jedyny ratunek. I znowu sama udała się w drogę.

W drodze powrotnej niosła sporo mąki, kaszy i innej żywności, ale z powodu śnieżycy zupełnie straciła orientację, w którą stronę ma iść do domu. Tak wyczerpała siły i tak była zmęczona, że ogarnęła ją niesamowita senność. Mama była po prostu bezsilna. Myśli: choć na chwilę usiądę, zaraz wstanę, sekundę odpocznę, bo dalej nie mogę iść. Doskonale wiedziała, że usiąść to znaczy umrzeć. Już się nie wstanie. Mimo wszystko – myśli – usiądę na chwileczkę, na pewno zaraz wstanę. I usiadła, by zaraz wstać. I co się stało? Po chwili Mama próbuje wstać i nie może. Kilka wysiłków i nic z tego. Absolutnie nie może się podnieść.

Opowiadała nam, że myślą i modlitwą powędrowała wtedy do naszej ziemianki, by pożegnać na zawsze swoje dzieci. Pamięta, jak żegnała się z najmłodszym, który modlił się razem ze starszymi braćmi o powrót Mamy. To mnie, tego najmłodszego Mama wtedy żegnała, bo mówiła do Boga: on jest najbardziej bezradny, małe dziecko. Żegnając się w duchu z nami, zaczęła resztkami świadomości odmawiać „Pod twoją obronę” w intencji dzieci, a zwłaszcza w intencji mojej, abym nie zginął. Wzruszyła się do tego stopnia, że z jej oczu wytrysnęły łzy, a była już powierzchownie zamarznięta. To się utrwaliło w świadomości Mamy. W tym samym czasie z sąsiedniego kołchozu oddalonego od nas o sześć – siedem kilometrów wyjechał saniami zaprzężonymi w woły Kirgiz. Śnieżyca (burian) była wtedy tak ogromna, że nie tylko moja Mama zabłądziła, ale też ten Kirgiz Martynow. Zdał się on na instynkt zwierząt, jadąc na oślep, sam nie wiedząc dokąd go dowiozą. Tak opowiadał Mamie.

W pewnym momencie natrafił na kopiec śniegu, od którego odskoczyły woły, zatrzymał je więc, odgarnął śnieg i zobaczył twarz zesztywniałej, białej kobiety. Zauważył, że serce jeszcze biło i poznał że to „ciocia Polaczka”, bo tak oni nazywali moją Mamę. Natychmiast położył Mamę na sanie, przykrył słomą, workami i przywiózł do naszej ziemianki. Ale z jej rąk nie wypadł żaden tobołek, tak mocno wszystko trzymała dla dzieci.

Kazachowie w tamtych okolicach umieli ratować zamarzniętą osobę. Gdy im moi bracia obiecali machorkę i coś jeszcze, to oni Mamę przez kilkanaście godzin tak nacierali śniegiem w lodowatym przedsionku, że odratowali ją. Potem jednak skóra z jej rąk razem z paznokciami kilkakrotnie schodziła w ciągu roku wśród wielkich boleści, aż pojawiła się normalna skóra i paznokcie, które były już odporne.

W tym wszystkim, jak widzę moja Mama miała szczególny dar modlitwy, czego absolutnie nie można pominąć – była bardzo z Panem Bogiem zjednoczona. Takie trzeba dać świadectwo. Po powrocie z Syberii, gdy byłem nieco starszy, myślałem czasem: Jeżeli taka jest Matka ziemska, to co dopiero można powiedzieć o Matce Niebieskiej? Wydaje się, że Miłość zdecydowała tu o wszystkim. W tym przypadku miłość Matki do dzieci. Tam, dokąd nas wywieziono, było wiele pełnych rodzin – z ojcem i matką oraz z jednym czy dwojgiem dzieci. Rodzicom często nie udało się uratować swoich dzieci. Natomiast w moim przypadku jest coś wyjątkowego, szczególnego, jakaś tajemnica, której na ziemi nie da się wyjaśnić do końca. Przypuszczam, że na pewno wszyscy ojcowie i matki bardzo kochali swoje dzieci i pragnęli je uratować od śmierci głodowej, tak jak pragnęła uratować nas nasza Mama. Jestem przekonany, że Dobry Bóg dał mojej Mamie niezwykłe moce duchowe, osobowe i fizyczne, żeby mogła zapewnić nam życie. Jestem Bogu niezmiernie wdzięczny za to, że taką właśnie Matkę otrzymałem od Boga.

Jestem Bogu niezmiernie wdzięczny za to, że takiego Ojca otrzymałem od Boga. Pewnego razu, gdy rodzina nasza powróciła już z Syberii a ja miałem prawie 15 lat (a więc 1955r.), mieszkaliśmy w Głogowie, wieczorem opowiedział mi Ojciec swoją najciekawszą w życiu Wielkanoc. Był w owym czasie już po wyroku w Łucku (1940 r.) i skazany na 15 lat łagrów. Następnie zawieziono skazańców wiosną do Omska czy Tomska – już dobrze nie pamiętam, bo nazwy te są blisko brzmiące, a nie chciałbym ich pomylić. Tam w samą Wielkanoc zwieziono część ogromnej rzeszy skazańców, a część zegnano w jedno miejsce (raczej koło Omska) i wśród nich ustawiono coś w rodzaju wysokiej mównicy w celu głoszenia propagandy sowieckiej. Wygłoszono kilka przemówień – uświadamiających że „kto nie rabotajet ten kuszat’ nie budiet”. Następnie z miasta sprowadzono zespół muzyczny wraz z harmonią, jedynym akompaniamentem, który zaśpiewał stojącym w zimnie i głodzie łagiernikom sławną piosenkę, znaną chyba wszystkim kołchoźnikom i sowchoźnikom: „Zdieś nastała żizń chorosza, umierat’ nie choczietsia!… Ha, Ha, Ha, Ha itd….”

Po zakończeniu śpiewu o wspaniałym życiu w Związku Sowieckim – chyba szef obozów zapytał czy jeszcze ktoś chciałby przemówić. Usłyszał to mój Ojciec i natychmiast podniósł rękę, że chce coś powiedzieć. Podszedł do mównicy, a stojący u wejścia na mównicę zapytał Ojca, co chce powiedzieć. Dalej mówi Ojcu, że nie trzeba, bo już wieczór się zaczyna, a Ty będziesz mówił i mówił! Ojciec natychmiast odpowiedział: „powiem tylko dwa słowa – przysięgam” – „a no to idź, ale pamiętaj tylko dwa słowa”. Ojciec wszedł na mównicę – zrobiło się cichutko, że muchę można było usłyszeć jak leci. Ogromny tłum wpatrzony w łagiernika chce usłyszeć co on powie?

Mówi Ojciec – „podniosłem ręce do góry, nabrałem ile tchu powietrza i potężnie krzyknąłem: Chrystus zmartwychwstał! (Christos woskries) i zaraz potężna odpowiedź tłumu: Prawdziwie Zmartwychwstał!” Tak zaczęli łagiernicy potężnym głosem wołać, że zdawało się że głos ten odbija się o sklepienie niebieskie. W tym czasie Ojciec zsunął się z mównicy i zręcznie dał susa w tłum otaczający mównicę. Strażnicy zaczęli rozglądać się dookoła, ale już nikogo znaleźć nie mogli… A tłum bez przerwy wołał „Chrystus Zmartwychwstał!” Wielu enkawudzistów wchodziło na mównicę by uspokoić ludzi, ale oni nie chcieli ich słuchać. Grozili bronią… nic nie pomogło. Ludzie wołali bez przerwy aż do brzasku słońca. Kończąc opowiadanie mówi Ojciec: „to, że nie mogli uciszyć żadnym sposobem tylu ludzi, to był znak, po ludzku niewytłumaczalny. Następnie nie mogli mnie znaleźć, to coś nadzwyczajnego. Po prostu patrzyli na mnie później i nie mogli mnie rozpoznać. A ja zwyczajnie stałem całą noc wśród ludzi i wołałem razem z nimi aż do świtu… Chrystus Zmartwychwstał!”

Mówimy tu o niezwykłej miłości rodzicielskiej, zwłaszcza o miłości ojca i matki. Muszę tu jednak powiedzieć, że tak postawa mojej Matki, jak i po powrocie z Syberii – postawa Ojca, pełna miłości i męstwa oraz czynna, konkretna miłość moich braci, którzy dzielili się ze mną czym tylko mogli, starając się bym przeżył najcięższe czasy, stanowią jakąś cudowną całość. Było mi to wszystko dane jako w pewnym sensie nadzwyczajne skarby dla mego rozwoju, niezależnie od pewnych ograniczeń, które w tych okolicznościach od początku musiały zaistnieć na drodze mego życia. A wracając jeszcze do Mamy, chciałbym dodać, że była bardzo skromną osobą. Jeżeli mamy mówić o zasługach i odznaczeniach, to najdoskonalej uczyni to Ten, który dał ludziom taką moc ducha. Kiedyś na urodzinach Mamy przemawiał najstarszy brat Bronisław. Powiedział, m.in. w ten sposób: „Żołnierzom dają różne odznaczenia, zależnie od zasług. Za nadzwyczajne bohaterstwo nadają order Virtuti Militari, ale Ty Mamusiu masz na swojej piersi pięć takich Virtuti Militari”. Miał na myśli każdego z nas, każde dziecko przez nią uratowane.

Wspomnę jeszcze o pewnym wydarzeniu. Było to już jesienią 1945 roku. Udało się Mamie posadzić daleko w stepie na powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych trochę ziemniaków. Trzeba to było zrobić dyskretnie, żeby Kirgizi nie widzieli i nie ukradli plonów. Ziemniaki obrodziły jak niemal cudowny połów ryb – tak, że ziemia pękała. Pewnego dnia Mama zrobiła wykopki – zebrało się kilka worków tych ziemniaków – kilka kilometrów od naszej ziemianki. Był to ratunek dla nas wszystkich. Powstał problem, jak te ziemniaki przetransportować w tajemnicy do domu. Pod wieczór mój starszy brat Eugeniusz odłączył od stada krowę, zaprzągł ją w jarzmo i dołączył do wózka z dwoma kołami i dyszlami. Wsiedliśmy na ten wózek i pojechaliśmy po te ziemniaki w stronę, którą Mama nam pokazała i w którą zawsze chodziła. Krowa była wprost szalona, ale wsiedliśmy i pognaliśmy w kierunku Mamy i ziemniaków. Jechaliśmy dość długo w różne strony i zbłądziliśmy. Zaczęliśmy krzyczeć: Mamusiu, Mamusiu! – w różnych tonacjach i melodiach. Zorientowaliśmy się, że zaczyna zapadać zmierzch i że pokazują się na horyzoncie wilki. Obleciał nas strach, gdyż od Mamy nie było żadnego odzewu. Wiedzieliśmy, co to może znaczyć. Drogi powrotnej nie znaliśmy, a krowa czując wilki tak szarpała i kręciła, że lada chwila cały wózek mógł się rozlecieć, a step to nie droga asfaltowa – to kępy traw duże i małe, rozmaitej głębokości doły. Utrzymać się więc na wózku było wielką sztuką. Ja się trzymałem brata i wózka. Wilków było coraz więcej, bo nasz krzyk je zachęcał; a krowa rwała ile tyko sił do przodu. Brat tak ją zaprzągł, że dyszle nie pękły. Krzyczeliśmy i płakaliśmy, aż ochrypły nasze gardła. Wreszcie brat mówi: wołajmy na zmianę: raz ty, drugi raz ja, bo wilków coraz więcej, nie możemy we dwóch krzyczeć. Ale z powodu bólu gardła już nie mogłem krzyczeć i brat także.

Wtedy zapytałem mojego brata: „Jeżeli Mamusia nas nie usłyszy, czy wilki nas zjedzą”? On odpowiedział: „Nie bój się Antoś, wilki nas nie zjedzą”. Widziałem zdecydowanie i pewność mego brata. Miał wtedy niecałe osiem lat, a pomagał Mamie jak dorastający chłopiec czy młodzieniec. Dziś widzę jak wielkie męstwo i roztropność włożył dobry Bóg w serce mojego brata. Wreszcie usłyszeliśmy z bardzo daleka wołanie naszej Mamy. Tak, to nie było złudzenie, daleko, gdzieś tam jej głos. Któż nie rozpozna głosu swojej matki? Razem z Mamą przy pomocy ognia i bicia w blachę rozpędziliśmy stado wilków. Znowu zostaliśmy uratowani. W każ- dym razie ziemniaki dotransportowaliśmy przed świtem do domu.

Dziękowaliśmy Bogu i Matce Bożej za cudowne ocalenie. Tak, to są niecodzienne fakty i tak je rozumiem. Muszę powiedzieć, że jest to jakby dotykanie wewnętrznej tajemnicy, a jednocześnie spraw bardzo delikatnych i subtelnych. Przez ponad pięćdziesiąt lat z zasady nigdy o tych sprawach nie opowiadałem, chyba że ktoś mnie zapytał o jakieś drobne wydarzenie, to opowiedziałem i na tym się zawsze kończyło. Mam pewną niechęć do pisania czy opowiadania o tym, ponieważ podświadomie czuję, że ktoś kto nie przeżył czegoś podobnego nie jest w stanie zrozumieć tego wszystkiego. Może pojawić się w jego odbiorze pewien sceptycyzm, bo nie doświadczył osobiście czegoś tak okropnego, a jednocześnie tak pięknego i niespotykanego na codzień.

Zanim przejdę do następnego etapu, czyli naszego powrotu z Kazachstanu do Polski, chciałbym powiedzieć kilka słów o stosunkach jakie tam panowały. Jaki był stosunek władz kołchozu czy sowchozu do zesłańców, którzy byli przecież autentycznymi niewolnikami? Jakie były porcje wyżywienia? Czy zapewniano jakieś utrzymanie tym ludziom, którzy od rana do nocy pracowali po dwanaście i więcej godzin w czasie mrozów i upałów? Czy na zimę zapewniono im odpowiednie zabezpieczenia? Ile osób pracowało w naszym kołchozie? Jacy to byli ludzie: Polacy, Ukraińcy, Białorusini czy tylko Kirgizi i Kazachowie? Najpierw odnośnie do wywiezionych tam Polaków. My należeliśmy do rodzin wojskowych. Były dwie tury wywiezienia – najpierw Ojca, potem nas. Bolszewicy dbali o to, by Polacy nie byli za bardzo zgrupowani w jednym miejscu. Starali się raczej o ich rozdzielenie. Rodziny wojskowych, policjantów, straży granicznej itp., były w sposób szczególny prześladowane. Jak to wyglądało? Wszyscy musieli katorżniczo pracować, nawet dzieci. Ja i mój brat Eugeniusz byliśmy za mali, by pracować.

Mama pracowała więc od świtu do nocy, przez pewien czas przy nowym odcinku kolei transsyberyjskiej. Z wycieńczenia ważyła wtedy 36 kilogramów. Jak dziś pamiętam krzyk wczesnym rankiem w oknie ziemianki: „Ciotka wstawaj”, albo inny, rzadszy: „W rabotu!” i potężne stukanie. Także moi starsi bracia pracowali katorżniczo od rana do nocy. Wynagrodzenie było takie, że otrzymywali czterysta pięćdziesiąt gramów chleba dziennie na osobę. W okresie wojny Rosji z Niemcami, kiedy wszystko oddawano na front, dawano jeszcze mniej chleba. Ja byłem jedynym uprzywilejowanym. Po moim urodzeniu Mama karmiła mnie piersią prawie trzy lata, co mnie uratowało. Jest to historia, którą tylko Pan Bóg może wytłumaczyć. Potem otrzymywałem litr obratu, to znaczy mocno odciąganego mleka i nic więcej. Litr dziennie. To było moje odżywianie. I to także nie była stała norma. Były okresy całkowitego głodu.

Mama pracowała w różnych miejscach i w kilku kołchozach. Wymienię ich nazwy, bo może kiedyś Pan Bóg pozwoli mi je odwiedzić. A więc byliśmy w kołchozie „Ukrainka”, kustonajskaja obłaść, następnie „Gieorgiejewka”, gdzie się urodziłem i skąd mam oryginalną metrykę urodzenia. Potem przesiedlono nas do sowchozu „Oziornaja”, w końcu zaś wywieziono nas do kołchozu „Pierwonajka” w czelabinskiej obłaści. Liczba rodzin w różnych kołchozach była zróżnicowana, zależnie od wielkości danego kołchozu. Z zasady nie mniejsza niż dwieście – trzysta rodzin, w tym przeważnie po kilkanaście rodzin polskich. W naszych kołchozach, które nie były duże, mieszkało nieco mniej rodzin. Kobiet nie brali na front. Oczywiście mężczyzn, zdolnych do noszenia broni, powoływali do wojska i wysyłali na front, jednocześnie wymuszając na pozostałych ludziach nadprodukcję, by jak najwięcej żywności przesłać dla wojska.

Zdarzało się, że z nadmiernego wysiłku ludzie umierali przy pracy. A jeżeli kogoś schwytano, że ma ziarno w butach, skazywano go na karę więzienia za kradzież i sabotaż. Przykład: mój brat Władysław, dziewięcioletni chłopiec, został złapany na posiadaniu ziarna pszenicy w butach, za co skazano go sądownie na jeden rok więzienia. Wsadzili do więzienia dziewięcioletnie dziecko! Autentyczne! (Kiedy Lech Wałęsa został Prezydentem Polski, tenże Władysław Papużyński był Senatorem Rzeczypospolitej Polskiej w okręgu Legnickim).

Wróćmy do poprzedniego wątku. Było też niewiele rodzin niemieckich, ale z nimi nie mieliśmy kontaktów, ponieważ w tamtych warunkach komunikacja społeczna nie była możliwa. Wszyscy byli inwigilowani i przypisani do ziemi. Z danego sowchozu bez pozwolenia NKWD nie wolno było nigdzie wyjechać. Wszelkie kontakty były wykluczone. Tam trzeba było mieć zupełnie inne myślenie. Za każdy kontakt można było trafić do więzienia. Jeżeli ktoś chciał gdzieś pojechać, musiał podać powód tego wyjazdu i otrzymać przepustkę. Przepustek udzielano w wyjątkowych sprawach – uznanych za takie przez urzędnika NKWD, urzędującego w kołchozie czy sowchozie.

Z Kazachami i Kirgizami oraz Rosjanami mieliśmy bardzo dużo kontaktów w kołchozach i sowchozach. Byliśmy zapraszani do ich domów, potrafili nas ugościć, Mamę i dzieci. Pamiętam u nich dwie uczty. Smaczne były dla mnie takie potrawy, jak sursuk, remszik, machan i wiele innych, osiągalnych tylko w wyjątkowych okolicznościach. Wszyscy jedli z jednej miski rękami.

Mama była osobą bardzo lubianą za względu na to, że była Polką i ze względu na swoją religijność. Muzułmanie szanowali ją za jej wiarę. Ponadto Mama miała w sobie coś takiego, jakiś dar – całe życie go miała – że wszędzie umiała zjednać sobie ludzi. Gdy ktoś był chory lub potrzebował pomocy, szła do niego resztkami sił, żeby mu pomóc. A do ciężko chorych, umierających, szła bez względu na to czy sama będzie żyć czy nie.

Moi bracia mieli podobnego ducha i znali się na różnych sprawach. Ludzie prosili ich o pomoc i zapraszali do siebie. Na przykład najstarszy brat Bronisław – obecnie emerytowany pułkownik, specjalista wojskowy – był ustanowiony w Kazachstanie „lekarzem dla ludzi i dla zwierząt”. Nic więc dziwnego, że ludzie szanowali Mamę i jej synów także z takich powodów.

Do Polski wróciliśmy w 1946 roku. Początkowo nie zawiadamiano nas o repatriacji. W 1945 r. dowiedzieliśmy się, że o nasz powrót do kraju stara się zarówno nasz ojciec, jak i brat. Ojciec na nasze szczęście przeżył wojnę. Mój najstarszy brat, Bronisław, poszedł do wojska i na front tylko dlatego, żeby nam pomóc w powrocie do Ojczyzny. Gdyby bowiem Ojciec został zamordowany, zginął lub zmarł w gułagu – nie mielibyśmy szans powrotu do Polski. Dlatego Bronek w porozumieniu z Mamą postanowił, że wstąpi nawet do wojska radzieckiego, byleby nas ratować i razem z linią frontu dotrzeć do Polski. Wtedy rozpocznie starania o nasz powrót do kraju. Przeżył wszystkie bitwy i rozpoczął starania o zrealizowanie tego postanowienia. Są książki na ten temat. Są opracowania historyczne tych walk. Bronisław był bardzo mężny. Jego męstwo zostało nagrodzone wieloma odznaczeniami. Raz palił się w czołgu.

W czasie walk wykazał się wielką umiejętnością posługiwania się mapą, azymutem, umiał dokładnie określać położenie geograficzne i ustawiać celownik w czołgu, nauczył się wiele jeszcze w polskiej szkole, a ta wiedza okazała się bardzo ważna na froncie. Taki młodzieniec od razu został dowódcą czołgu; później trzech, potem sześciu, a potem chyba dziewięciu. W krótkim czasie zdobył stopnie porucznika, kapitana, majora. Pragnął być lekarzem. W Polsce Ludowej, mimo silnego nacisku ideologicznego, posyłał swoich synów na naukę religii. Ostatecznie sam zrezygnował z wszelkich możliwych karier i przeszedł w stan spoczynku.

Cofnijmy się jednak jeszcze do czasów wojny. Nasz Ojciec ocalał! Wywieziony na Syberię pracował w kopalniach Omska i Tomska. Nic nie wiedział, że na froncie jest jego syn Bronisław. Nic o sobie nie wiedząc razem poszli na front. Spotkali się dopiero na przedmieściach Warszawy. W jaki sposób? Brat był ranny, wyskoczył z płonącego czołgu i musiał się leczyć w szpitalu polowym. Ojciec znalazł się w tym samym szpitalu z powodu ran zadanych mu przez pocisk artyleryjski, który się przy nim rozerwał. Nie mogli uwierzyć, że się spotkali w Polsce i to w szpitalu. Są to rzeczy nie do wiary.

Ojciec dowiedział się od syna, gdzie jest Mama z resztą dzieci. Opowiedział, co przeżył i jaką katorżniczą przebył drogę. Oczywiście, mimo sytuacji frontowej, radość Ojca i syna nie miały granic. Poprzez władze polskie natychmiast rozpoczęli starania o nasz powrót. Pierwsze odpowiedzi, jakie Ojciec i brat otrzymywali brzmiały: „takich nie ma”, „tacy nie istnieją”. Nas w tym czasie przesiedlono i byliśmy już w innym, odległym kołchozie. Dopiero kiedy mój brat powiedział: „pojadę i osobiście pokażę, gdzie oni są” przyszło do nas pierwsze zawiadomienie, że ktoś stara się o nasz powrót do ojczyzny. Było to jednak tak mętne i pełne sprzeczności, że zaproponowano nam przyjęcie obywatelstwa wielkiego Kraju Rad, czego stanowczo odmówiliśmy. Tymczasem przyszły listy od Bronisława – mam jeszcze gdzieś zdjęcie z podpisem brata z wojska, które dotarło do nas do Kazachstanu, ale już z terenu Polski. W ten sposób chciał nas zawiadomić, że to co obiecał, ma szansę się spełnić. Listy były pisane w taki sposób, że trzeba było wielu rzeczy się domyślać, by zrozumieć intencje piszącego, ponieważ wszystko było pod ścisłą kontrolą NKWD. Wszystkie ważniejsze dokumenty repatriacyjne redagowali razem Ojciec i brat. Ojciec wszystko formalnie podpisywał, a brat jako lżej ranny jeździł do urzędów i osób odpowiedzialnych za repatriację, by przerwać łańcuch trudności i dezinformacji.

Mama w maju 1946 roku suszyła suchary na drogę, a w czerwcu już przyjechaliśmy do Polski. Tu w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu w dokumentacji są nasze akta repatriacyjne. Pamiętam przede wszystkim radość z przygotowań do wyjazdu, pożegnanie z wszystkimi sąsiadami, którzy mówili: „wy jedziecie do raju”. Polska bowiem dla tych ludzi była rajem na ziemi. Pamiętam jak serdecznie nas żegnano, jak Mama resztę rzeczy porozdawała i jak wsiedliśmy do rozklekotanego pociągu i ruszyliśmy w stronę Polski. Jechaliśmy ponad miesiąc. Pamiętam jak mijaliśmy groźny Ural, Wołgę, Moskwę, Brześć i wreszcie dotarliśmy do Kutna, gdzie na stacji kolejowej zarządzono długi postój.

Wspomnę tutaj o pewnym wydarzeniu, które jest dla mnie bardzo znaczące i ważne. W Kutnie, podczas tego postoju, zobaczyliśmy dwie wieże kościelne w pobliżu stacji kolejowej. Nigdy przedtem nie widziałem kościoła. Był to kościół Świętego Wawrzyńca. Poszliśmy do niego z Mamą i z braćmi, uklęknąłem przy balaskach po prawej stronie i nie mogłem oczu oderwać od ołtarza, od tabernakulum, od krzyża i od ambony, która była po lewej stronie. Nie zapomnę też nigdy tego, o co się wtedy modliłem. Byłem przecież sześcioletnim chłopcem, ale to przeżycie zapadło mi głęboko w pamięć na zawsze. U Pana Boga nie ma zbiegów okoliczności. Pan Bóg bogaty w miłosierdzie tak sprawił, że po dwudziestu jeden latach stałem w tym samym kościele na ambonie ze stułą na ramionach i z krzyżem rekolekcyjnym na piersi – a był to ten sam krzyż z naszej syberyjskiej ziemianki, Chwalebny Krzyż Zmartwychwstałego Pana – prowadziłem rekolekcje parafialne na zaproszenie księdza prałata Jana Świdkowskiego.

Gdy spojrzałem z ambony na to miejsce, gdzie przed dwudziestu jeden laty klęczałem jako sześcioletni chłopiec, a kościół był po brzegi wypełniony ludźmi, nie mogłem oderwać się od blasku tajemnicy tamtego faktu, gdy klęczałem z Mamą i braćmi w tym oto miejscu zachwycony świątynią i kto wie, czy nie w tym fakcie należy szukać zewnętrznej prehistorii mego powołania. To, co się wtedy we mnie działo, tego się językiem ludzkim nie wyrazi. Postanowiłem, że to zostanie tajemnicą, że nie będę o tym mówił z ambony jako przykład, choć mogłoby to być bardzo pożyteczne dla ludzi, zwłaszcza w czasie rekolekcji. Wtedy to z dziwną mocą, i jakimś nadzwyczajnym światłem rozpocząłem pierwsze w moim życiu kapłańskim rekolekcje wielkopostne.

Kartka z pamiętnika

Świecenia Kapłańskie otrzymałem w Zgromadzeniu Księży Marianów 2 lutego 1967 roku z rąk księdza Biskupa Antoniego Pawłowskiego we Włocławku. Pracowałem w Licheniu, następnie z Lichenia przełożeni skierowali mnie na studia filozoficzno – psychologiczne na Katolicki Uniwersytet Lubelski, które ukończyłem z wyróżnieniem w roku 1973 za pracę magisterską pod tytułem Podstawy psychologiczno–pedagogiczne systemu wychowawczego Ojca Stanisława Papczyńskiego, założyciela Marianów. W tym wyróżnieniu mnie przez uczelnię widzę uznanie i podkreślenie faktu, że Ojciec Papczyński swoim całym dorobkiem i swoją osobą stworzył autentyczny system wychowawczy. Właśnie za ukazanie jego systemu wychowawczego zostałem wyróżniony, co mnie ogromnie cieszy. Praca w jednym paragrafie podejmuje personalizm duchowy Ojca Stanisława Papczyńskiego. Moim wewnętrznym pragnieniem było ukończenie pracy magisterskiej na ten temat w trzechsetną rocznicę założenia Zgromadzenia Marianów przez Ojca Papczyńskiego, a wypadała ona w 1973 roku. Pracę pisałem pod kierunkiem profesora Stefana Kunowskiego, który jest wybitnym pedagogiem, dydaktykiem, psychologiem, filozofem, humanistą, człowiekiem o ogromnych horyzontach. Jest tak- że świątobliwym katolikiem świeckim, godnym wyniesienia na ołtarze. Powiedział mi w trakcie pisania pracy: „Proszę wziąć pod uwagę fakt, że ksiądz Konarski stoi na ramionach Ojca Papczyńskiego. Gdyby nie Ojciec Papczyński, nie byłoby tego, czego dokonał Konarski”.

Pisząc o systemie wychowawczym Ojca Papczyńskiego odkryłem skarb: Ojciec Papczyński traktował współbraci personalnie, osobowo. Okazuje się, że Ojciec Papczyński w swym systemie wychowawczym położył nacisk na miłość w rozwoju osobowości. Jest rzeczą zdumiewającą, że w tamtych czasach w systemie Ojca Papczyńskiego zaistniał wyraźnie personalizm chrześcijański.

Obecnie w 300 lat po O. Papczyńskim, młody marianin, ksiądz profesor Bogumił Gacka, zajął się personalizmem w sposób naukowy i specjalistyczny. Otrzymał i zorganizował pierwszą w świecie Katedrę Personalizmu Chrześcijańskiego na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, której jest Kierownikiem. Rozpoczął wydawanie półrocznika w języku polskim i angielskim pt. „Personalizm”, w redakcji którego zostałem członkiem Rady Programowej. Z tego wynika, że w planach Bożej Opatrzności wszystkie wydarzenia mają swój sens i wartość, bez względu na upływający czas, jeżeli tylko są naznaczone miłością do Jezusa Chrystusa i do Kościoła.

Warszawa, 15 sierpnia 2002 roku
Wniebowzięcie Maryi

Wróć na górę ↑